Wcześnie rano 9 czerwca opuściliśmy brzegi Norwegii i wyznaczyliśmy kurs na południe, do Skagen w Danii. Tu Skagerrak pokazał na co go stać, a właściwie Neptun po raz drugi przypomniał nam o sobie. A że o chorobie morskiej nikt już nie pamiętał, zesłał na nas sztorm. Siła wiatru wzrastała stopniowo, by pod koniec dnia osiągać ponad 8°B. Dla większości z nas wymarzone warunki do żeglowania, tym bardziej że świeciło słońce, niebo błękitne, znakomita widoczność, wysokie na parę metrów zielone fale. Rzadko kto po wachcie chciał zejść pod pokład. Ale jesteśmy na morzu, więc ponownie dostaliśmy się pod władzę kapitana. Przy wzrastającej sile wiatru pokazał niezwykłą kompetencję żeglarską, przewidywanie, co może się zdarzyć za godzinę lub dwie to umiejętność każdego prawdziwego kapitana.
Pod koniec dnia, gdy wiało już najmocniej, jacht pokonywał fale z prędkością 8-9 węzłów na jednym najmniejszym żaglu, jakim był grotsztaksel. A chwilowe prędkości 35-tonowego jachtu przy zjazdach z fal, które zmierzył GPS przekraczały 14 węzłów.
Zmęczenie dało znać o sobie koło północy, kiedy podchodziliśmy już na samym silniku do portu, wiało w porywach do 9°B centralnie w dziob jachtu. Kapitan powiedział później, że w normalnych warunkach przy 2700 obrotach silnika jacht osiąga prędkość koło 7-8 węzłów, my z ledwością osiągaliśmy 1 węzeł.
W porcie byliśmy nad ranem 10 czerwca i mieliśmy już za sobą przebytych 555 mil. Skagen jest położone na krańcu wyspy Nordjylland, w północnej Jutlandii u zbiegu cieśniny Kattegat i Skagerrak. Jest drugim po Esbjerg portem rybackim, a od 1870 roku centrum malarstwa.
Niestety niewiele mogę napisać o tym podobno miłym miasteczku., gdyż po nocnym pokonywaniu sztormowych fal na tak zwanej "katarynie" (silniku), na które złożyło się jeszcze parę innych żeglarskich obowiązków, zasnąłem tak, że i sam kapitan nie mógł mnie dobudzić. Wstałem sam, późnym popołudniem i od razu wyszliśmy w morze.
Kierunek północna Zelandia. Morze spokojne, słoneczna pogoda, co tu dużo pisać, nuda. Oczy tylko trzeba było mieć dookoła głowy, a szczególnie w nocy. Przecinaliśmy ruty, czyli morskie autostrady, na których nie wszyscy honorowali jednostki pod żaglami. Myślałem, że nauczyłem się rozpoznawać światła, ale od teorii do praktyki daleka droga. Na morzu nie wygląda to tak prosto jak w podręczniku. Na szczęście kapitan był zawsze do naszej dyspozycji.
Do jednej z prawdziwych wakacyjnych pereł Północnej Zelandii czyli Gilleleje dotarliśmy 12 czerwca w nocy. Znajduje się tam jedna z niewielu na świecie węglowa latarnia morska. Postój nie był zbyt długi, bo już wcześnie rano byliśmy gotowi do wypłynięcia do oddalonego o 15 mil Helsingoru.
Na pewno warto tam zobaczyć pochodzące ze średniowiecza najstarsze części miasta. Ogromny Pałac Kronborg wzniesiony w latach 1574 - 1585. Holenderski renesansowy styl pałacu posłużył jako tło wydarzeń dla Hamleta Williama Szekspira. Podczas zwiedzania zamku naszą szczególną uwagę zwróciło Maritime Museum - muzeum handlu i historii duńskiej żeglugi morskiej od czasów średniowiecza. Prezentuje się tam wiele pięknych modeli statków. Muzeum Techniczne z kolei przedstawia rozwój techniki.
Płynąc powoli wzdłuż głównego toru wodnego, wieczorem dotarliśmy do pięknej i fascynującej Kopenhagi, metropolii wschodniej Danii. W odróżnieniu od większości europejskich stolic, nie ma tam nowoczesnej architektury i drapaczy chmur, sponad starych dachów wyrastają tylko zabytkowe wieżyczki i iglice, a niezliczona ilość kafejek zaprasza swymi ogródkami na świeżym powietrzu. Życie toczy się tu spokojnym rytmem. Od czasów Hansa Christiana Andersena czas jakby się zatrzymał. Ogrody Tivoli, pełne baśni i nostalgii. W nastrojowym otoczeniu bajkowego świata kwiatów, drzew i tysięcy kolorowych świateł można znaleźć się w zaczarowanej krainie rozrywki i zabawy wśród wszelakich urządzeń fruwających i kręcących się we wszystkie możliwe strony. W Kopenhadze księżniczki istnieją naprawdę i to nawet ciemnoskóre. Andersen nie śnił, bajki stały się prawdą.
Wieczorem 13 czerwca wróciliśmy na morze, zamierzając udać się w kierunku ziem niemieckich. Po drodze zawinęliśmy na noc do Szwedzkiego portu Holviken, by wcześnie rano przepłynąć Fonstelbokanal. Następnego dnia wieczorem dotarliśmy do brzegów Rugii, która powitała nas białym, majestatycznym klifowym wybrzeżem. Jedynym takim wybrzeżem na wodach Bałtyku. W miejscowości Sasnitz raczyliśmy się świeżymi kanapkami rybnymi, które są podawane wprost z kutrów rybackich. Sam port też jest bardzo ciekawy, nie remontowany chyba do czasów byłej NRD. Stary wypłukany słoną, morską wodą beton i zardzewiałe rury, jeśli ktoś ma ochotę przenieść się w tamte czasy, polecam.
15 czerwca wyruszyliśmy znów w morze, by skierować się ku wyspie Bornholm. Odwiedziliśmy Allinge, zawijając po drodze do Hammerhaven. A w słońcu i błękicie nieba, dzień następny spędziliśmy w malowniczym Gudhjem.
Wyspa Bornholm przyciąga turystów pięknem natury, bogatą roślinnością i szerokimi piaszczystymi plażami. A już szczególny klimat tworzą małe malownicze wioski rybackie, w których nie rzadko można zobaczyć charakterystyczne wędzarnie ryb, których jedną z tamtejszych specjalności jest wędzony śledź podawany na ciepło prosto z piekarnika. Charakterystyczne dla krajobrazu wyspy są też XII - wieczne, białe okrągłe kościoły, które kiedyś, poza miejscami kultu, pełniły rolę budowli obronnych.
Kolejnym i niestety już ostatnim naszym celem była mała wyspa Christianso, zamieszkała przez kilkudziesięciu mieszkańców. Tamtejsza ludność mieszka w czystych malutkich domkach, spacerując w ich scenerii można pomyśleć, że znaleźliśmy się w jakiejś innej bajce.
Czas podróży powoli dobiegał końca, więc trzeba było kierować się ku południu do Polski. Po drodze odwiedziliśmy jeszcze raz Bornholm, zawijając do miejscowości Nexo. Bałtyk przypominał stan wody w kałuży, więc zmuszeni do załączenia silnika po 18 dniach, odwiedzeniu 15 portów i przebyciu 1048,2 mil przypłynęliśmy do Kołobrzegu. Tam po pożegnalnym wieczorze kapitańskim i chrzcie morskim nowych obiecujących żeglarzy, rozjechaliśmy się do domów z nadziejami i planami na przyszłoroczny rejs.
Po raz kolejny sprawdziła się moja maksyma, że nie najważniejszy jest cel, ważna jest podróż.
| Photographs 600/400 and 320/480 Copyright by Marek Piotrowski, Piort Mikołajczyk. Photographs 720/480 Copyright by Otto and Mechtild Reuber. Made available with the author's consent from the website www.reuber-norwegen.de |
Przejdź wstecz: Rejs Norwegia - część 1 |



















